Kosztowni partacze.

#Serwis rowerowy

#Fryzjer

Noc zakupów– czyli tłumy w GalMoku, szaleństwo promocji, super-ofert,itp. Nieświadoma eventu idę do zaprzyjaźnionego salonu i próbuje się na już zapisać bo jest naprawdę FATALNIE i samopoczucie chujowe (a wiadomo że nic tak kobiecie nie poprawia nastroju jak dobra fryzura ;). Na (moje nie) szczęście jest wolna młodziutka i sympatycznie wyglądająca nowa fryzjerka, myślę, raz się żyje i zostaje. Po wstępnej konsultacji, myciu głowy, siadam na fotel, a Pani cały czas radośnie trajkocząc zabiera się za strzyżenie.Przyznaje, gadkę ma rewelacyjną– taką że nawet nie wydaje mi się dziwne że cały czas cieniuje moje cienkie jak piórko włosy (Ajnsztajna nie trzeba żeby wiedzieć ze to zmniejsza objętość włosów). Przyznaje że nawet uległam jej namową do położenia koloru na zmysiały blond (zaznaczam samopoczucie tego dnia było gorzej niż fatalne). To moja pierwsze farbowanie- trochę cykam że się wykruszą, itp, ale wierze w cudowna metamorfozę i siedzę z tymi sreberkami na łbie, pod jakimś kosmicznym urządzeniem, wyglądając jak alien. No.No dobra, ściągamy,płuczemy i KURWA!! Jest SIWY?!!! AAAA!!!! Panie niezrażona, że może troszkę „ocieplić”kolor..ja mam łzy w oczach- jest MASAKRYCZNIE?!!.Ja już chce stamtąd wyjść ,zacząć wyć i użalać się nad sobą (tak-tez tak czasem mam). . Efekt finalny: babciny gołębi (?!!),  fryzura napuszona na szczotkę i lakier (?!!). Pani zapewnia że po kilu myciach ten kolor się wypłucze i będzie dobrze..

Po 2 dniach wbijam do salonu i pokazuje że kolor który się miał zmyć obecnie jest zielonkawy a włosy po tym cięciu wyglądają „jakby polizał mnie wielbłąd” (słowa znajomej). Pani obruszona że wracam z reklamacja, na fochu próbuję coś zmienić. ” Po poprawie” jest nadal do dupy..mi już ręce opadły- a chciałam mieć taki powakacyjny blond. Od razu idę do Rossmanna, kupuje piankę koloryzacyjną Garniera i maszynkę do golenia. Kolor jest taki jak chciałam, fryzura nareszcie też. I o dziwo mówią że jest dobrze i że mi pasuje. Ale hajs za wizytę w salonie poszedł się jeb..

BadHairDay Kosztowni partacze.

#Studio tatuażu

Od lat mam zajawkę tatuowania ciała i lubię oglądać prace różnych artystów. Niestety często jest źle, ale naprawdę źle. I ta wątpliwa ozdoba jest z człowiekiem na całe życie. Jedyne co można z tym zrobić to: 1. laserowe usuwanie– dużo droższe niż dziara i nie do przeżycia bez dragów (podobno); 2. cover– czyli bulisz podwójnie;3. chodzenie w kombinezonie all year ;).Lepiej nie ryzykować i wybierać sprawdzone studia, oraz mocno rozważyć czy tribal albo napis „Kocham Janusza” za kilka lat nadal będzie aktualny ;).

BadHairDay Kosztowni partacze.

#Dentysta

Tu oszczędzę Wam szczegółów. Ale okazuje się właśnie że leczył mnie kiedyś partacz, wziął za to gruby hajs (wiadomo stomatologia to złoty biznes) a teraz,po kilku latach wychodzi jego partactwo. Niestety zwykły człowiek nie jest w stanie zweryfikować gołym okiem czy leczenie kanałowe, plomba czy nie daj boże korona została poprawnie zrobiona/zamontowana,itp. A za pieniądze które się później wydaje na poprawki można by było kupić vespe-albo dwie ;).

A czy Wy macie jakieś przygody z kosztownymi „fachowcami”?

ps. Na fotce głównej znajoma z udaną fryzurą i kolorem jagodowym na głowie ;).